|
13/07/09 - Projekty artystyczne Finisaż projektu "kapliczka telewizyjna".
W niedzielę 10 lipca odbył się finisaż projektu "Kapliczka telewizyjna" autorstwa Rafała Betlejewskiego. Na spotkanie przybyło kilkadziesiąt osób. Prezentujemy kilka zdjęć z imprezy.








| 15/12/08 - Projekty artystyczne Kto namaluje Mikołaja
Podczas spotkanie w Czułym Barbarzyńcy odbyło się posiedzenie jury w konkursie na najlepszy rysunek Mikołaja. Jury w składzie Kora Jackowska, Ola Szkoda i Rafał Betlejewski miało ciężki orzech do zgryzienia: którego Mikołaja wybrac?
Inspiracją dla Mikołajów była książeczka autorstwa Radka Żabińskiego i Oli Szkody.




| 15/11/07 - Projekty artystyczne Spal wstyda
Był to kiedyś cykliczny festiwal. Prezentujemy tu kilka zdjęć z ostatniej edycji.




| 15/03/07 - Projekty artystyczne Wernisaż wystawy w Wawie
Wernisaż do wystawy ulicznej A ja, czy poszedłbym?, ktory odbył się w 2004 roku przed pasażem handlowym Reduta. Na zdjęciach wielu prawdziwych powstańców, w tym Hanna, pseudonim Kotka.










| 19/01/07 - Projekty artystyczne Ulotka - I like you and you like me, Orchard, NY

| 15/01/07 - Projekty artystyczne I like you and you like me
A curator meets an artist. The curator happenes to be a WOMAN and the artist turns out to be a MAN. The WOMAN curator is married and the artist MAN has a family with two children. Curator and artist begin to work together on projects. Instantly they discover that they like one another, even maybe beyond the formal professional relationship. The fact of their mutual interest is obviously inapropriate and exploring it on a personal level is absolutely forbidden. They decide to turn that relation (perhaps one they only imagine) into a piece of exhibit. The project begins on a day when this idea is being related to the curator and the artist’s spouses, as well as other people. For the two parties involved it leaves behind comfortable space: The space of the banal hipocricy. From that moment on, all their reactions in regards to the project become the substance of the experiment. But where does it end? The artist and the curator set a limit: they will enter the gallery space for three days. Three days that will put the once intimite curator-artist relation to the test: what is it, was it worthwhile, will it obstruct their future work, will it influence their lives beyond the point of no return – or will it be just another gimmick? Was the truth important for its own sake or was it the corrupting force of the public eye that made them do it? And finally, how the so called “private life” and middle class standards attached to it, influence (limit or enrich) the freedom of the artistic expression? Is the artist still a question posed to society or is he/she just another member of the establishmet earning his/her money in a different profession? The gallery space will be a laboratory of the space between MAN and WOMAN, the artist and the curator. One may associate the project with Mircea Cantor`s film Departure (2004) and Joseph Beuys action I Like America and America Likes Me 1974. Who becomes the wolf, deer or coyote is as yet unknown.
Characters/Roles: Artist: Rafal Betlejewski (Betlej) Curator: Barbara Piwowarska Dates: Dec. 29-31, 10am –6am
Rafał Betlejewski (Betlej), born in Gdańsk 1969, lives and works in Warsaw. Enterpreneur, specialised in marketing and brand strategies, activist, author of social and artistic projects in non-artistic spaces, including: Here and Now in Zielona Góra 2001, Burn your Shame in Warsaw 2002–2004, I prefer Poland 2002, Unfinished in Konin 2004, a poster campaign on the occasion of the anniversary of the Warsaw Uprising, Would you go as well? 2004, stickers Sorry, Water 2005, virus Euro AGD 2005, Milk – Order The Theater by The Phone in TR Warszawa 2005, Workshops in Constructing the Self (as Father, Manager, Writer) in the framework of the Mobile Academy Warsaw 2006. Since 2006 he has been running the project Everyday Life Theatre in public spaces, examining the the border between true and false, turning his task to elaborating technologies for constructing identity through unmasking the mental and material props used by people for this purpose. The actor-director first appears in the title role of a character he is attempting to make as realistic and convincing as possible, then unmasks the illusion created by brutally negating it. Before an oblivious, astonished audience who think they are discovering the truth, the actor constructs another illusion, with himself as the director of a fleeting theater which in cunning fashion leads to an investment of the space in which the presentation is taking place. By unmasking his borrowed identity, he introduces a further artificial identity, the illusion of which is, for the spectator, significantly more powerful. The dénouement depends on the gradual unmasking of the second illusion in the hours and days after the performance, after leaving the space where it took place. In his work Betlej examines the social oppression of given roles, mystification and contemporary identity understood as a contemporary ready-made.
Barbara Piwowarska, born in Warsaw 1976. Art historian, curator and art critic, interested in avant-garde, post-avant-garde and contemporary artistic strategies. In 2001-2002 she was a recipient of a scholarship at The Museum of Modern Art in New York granted by The Kościuszko Foundation, where she worked on the exhibition The Russian Avant-Garde Book 1910–1934 in collaboration with the Judith Rothchild Foundation. She has worked with IPCNY in New York; the Zachęta National Gallery, Center for Contemporary Art Zamek Ujazdowski, and the Batory Foundation in Warsaw; Krzysztofory Gallery, Cricoteka, and the Starmach Gallery in Cracow; and has co-run the exhibition program at the Adam Mickiewicz Institute in Warsaw, including shows at Kunsthalle Wien, the Hilger and Charim Galleries in Vienna, and the Kulturzentrum bei den Minoriten Galleries in Graz; in 2000 she curated Similarity (in collaboration with Hilger Gallery) at the Austrian Culture Forum in Warsaw. In 2005 she published Kolekcjonowanie Świata: Jadwiga Maziarska: Listy i szkice (Collecting The World: Jadwiga Maziarska, Letters and Sketches) a book on the work of Jadwiga Maziarska, an artist of the avant-garde Cracovian Group) and the problem of the collection, the archive, and storage in art and artists’ self-interpretations. She is the author of numerous publications and reviews in art magazines: Praesens, Obieg, Art in America, Art Margins, Orońsko, Opcje, Sekcja, Latarnik; the newspapers Nowy Dziennik (the Polish daily news in New York), Ozon, and A4. She has also been a contributor to several exhibition catalogues. Since 2006 she has worked for the Mobile Academy Warsaw/TR Warszawa (Ghosts, Spectres, Phantoms and The Places Where They Live) and co-organized the Blackmarket for Useful Knowledge and Non-Knowledge, a project-installation of lectures and performances by 66 “experts” (including artists, critics and scholars).














| 5/01/07 - Projekty artystyczne Zdjecia z Orchard47
Orchard47 gallery in New York.
Odwiedzało nas wielu gości. W tym sławnych artystów.















| 18/09/06 - Projekty artystyczne Głód - opis projektu

| 19/08/06 - Projekty artystyczne Przedstawienia w ramach Teatru Przezroczystego
Teatr Przezroczysty to mój autorski projekt - polega on na tworzeniu fikcyjnych postaci w rzeczywistym świecie. Trzy przedstawienia biletowane odbyły się w ramach Mobile Academy w Warszawie. Bilety za złotówkę dostępne były w Teatrze Rozmaitości. Pozostałe przedstawienia teatru odbywają się w swerze internetu oraz ogólnie dostępnej przestrzeni publicznej, tj. pociągi i ulice.

| 18/08/06 - Projekty artystyczne Mobile Academy
Czy mogę udawać kogoś, kim nie jestem? Bardzo ciekawe pytanie. Czy mam prawo przedstawiać się tak, jak chcę, czy też powinienem określać się zgodnie z prawdą? Inaczej mówiąc, czy tożsamość jest koncesjonowana?
W trzech przedstawieniach w ramach Mobile Academy (Ojciec, Pisarz, Menadżer) próbowałem przed moimi widzami zbudować wiarygodne postaci tytułowe używając wszelkich standardowych rekwizytów, które składają się na sztafaż poszczególnych postaci. Kiedy czułem już, że mi się to udało, dość brutalnie i nagle demaskowałem owe rekwizyty próbując – w sposób całkowicie niepostrzeżony dla widzów – stworzyć kolejną „nieprawdziwą“ tożsamość tym razem dyrektora teatru. Tę nową tożsamość – znacznie silniejszą, gdyż uwiarygodnioną wcześniejszą demaskacją – dekonstruowałem już po zakończeniu przedstawienia, na odchodnym – pozostawiając widzów w całkowitej dezorientacji i niepewności co do mojej „prawdziwej“ tożsamości. Ciekawe, że pomimo konieczności kupienia biletów na te przedstawienia, czyli wprowadzenia wyraźnego kontekstu teatralności spotkania – płynnej rzeczywistości – oczekiwanie prawdy wśród widzów, czyli żądanie zachowań moralnych, było tak silne, że właściwie wszyscy uznawali mnie za pospolitego k ł a m c ę. Kontekst teatralny – przy tak zbudowanej iluzji - nie wystarczał jako alibi dla tworzonej postaci – oto jak silne jest nasze przyzwyczajenie do etykietowania i jak potężne nasze wymaganie co do wierności konstruktom tożsamościowym.
Nie tylko więc powinienem być tym kim zostałem nazwany, ale zakazuje się mi swobody w doborze samookreśleń, w przywdziewaniu kostiumów. Konstrukty tożsamościujące okazują się więc nie tylko skutecznym sposobem kontroli, ale także metodą społecznego nagradzania i ścieżką aspiracji. Z jednej strony wymaga się ode mnie wierności określonym kalkom (np. Mężczyzna) a z drugiej limituje mój dostęp do innych kalek. Co więcej, społeczeństwo wytwarza system prawny (prawa stanowionego jak i tradycyjnego), który wprowadza sztywne koncesje na pewne tożsamości. Czy jestem poetą, skoro nie wydałem żadnego tomiku? Czy jestem artystą, skoro nie mam w dowodzie wbitego „zawód: artysta“, i sztywniej: czy jestem lekarzem, bez dyplomu, obywatelem mając czarną skórę itd. Niepokoje, jakie może odczuwać człowiek, dokonujący w jego mniemaniu uzurpacji na terytorium takiej czy innej koncesji, mogą być powodem poważnych frustracji.
Nowe media czyli telewizja i Internet doprowadzają do ewidentnego upłynnienia owych koncesji. Czy to źle? Wcale nie. Bo niech mi ktoś powie, dlaczego właściwie nie mogę podawać się za kobietę!?
Ale jeśli mogę przedstawiać się dowolnie, to czy moralność w ogóle istnieje? Myślę, że w sukurs wszystkim, którzy potrzebują rozpatrywać świat w kategoriach moralnych przychodzi tu buddyjskie pojęcie „intencji“. Moim zdaniem całkowicie wystarczające, by ocenić „tożsamościową projekcję“ pod kątem moralnym. Jeśli udaję hydraulika, by okraść bank jest to działanie złe, jeśli jednak robię to w celu zachowania psychicznego zdrowia, intelektualnego ćwiczenia, postawienia się w nowym świetle, czy żeby mieć lepszy seks z narzeczoną, to czemu nie? Niech mi ktoś powie, czemu nie!?
Rafał Betlejewski do Notesu na 6 tygodni


| 15/08/06 - Projekty artystyczne Kilka uwag o tożsamości
Ojciec w parku, Nauczyciel w pociągu, Artysta na moście, Kuzyn przy obiedzie.
Jestem ojcem dwóch dziewczynek. Czy przeszkadza mi to zagrać postać ojca? Czy to, że j e s t e m ojcem odbiera mi zdolność do s f a l s y f i k o w a n i a tej tożsamości? Czy staję się jej niewolnikiem? Czy – ogólniej mówiąc - biologiczny imperatyw będący fundamentem konstrukcji tożsamości jest niezaprzeczalny i zawsze obowiązujący? Czy kaleka może z a g r a ć kalekę? Czy mężczyzna może z a g r a ć mężczyznę, czy też musi nim po prostu być? Czy syn może zagrać syna, a matka matkę? Czy Polak może zagrać Polaka, a Żyd Żyda? Czy też jesteśmy skazani na tożsamościowe kalki przypisane nam razem z biologią, urodzeniem i kontekstem? Inaczej mówiąc, czy tożsamość jest przeznaczeniem? Czy jest F A T U M?
Choć trudno to na pierwszy rzut oka dostrzec, tożsamość jako zjawisko wynikające z językowej natury postrzegania jest w istocie takim samym falsyfikatem, jakim jest sam język. Tożsamość jest jednak także n i e u n i k n i o n a - czy chcę czy nie chcę moje istnienie nie może być postrzegane jako zjawisko per se, a tylko poprzez system językowych kalek, które pozwalają mnie zauważyć (chodzi mi o głębsze znaczenie słów), czyli nazwać. Tożsamość zostaje mi niejako przypisana bez mojego działania. Po prostu, jestem zjawiskiem językowym, mam swoją językową reprezentację i to ta reprezentacja, a nie ja, jako ja, jest postrzegane, rozpatrywane i przetważane. Owa tożsamościowa proteza (bitmapa – używając współczesnego słownictwa) podlega także wszystkim zjawiskom przetworzenia poprzez działanie mediów – od języka poprzez media elektronicznego przekazu danych, po rezerwuar medialny, czyli zbiorową świadomość. W związku z tym, moja tożsamość jest kształtowana dla mnie z zewnątrz, zmienia się i modyfikuje wraz z modyfikacją kontekstu kulturowego itd. - jest niejako zewnętrzną cechą mojej osoby, na ktorą mogę, ale nie muszę mieć wpływu.
Myśl, że zjawisko takie – tak płynne, tak zewnętrzne i wtórne - może być przypisane do mnie na stałe, jest myślą koszmarną, prawdziwie faszystowską, archaiczną i wysoce niebezpieczną, a paradoks polega na tym, że rodzi się – myśl owa – z naiwnego zapotrzebowania na p r a w d ę. Myśl ta podąża tym torem: skoro ktoś określony został jako „mężczyzna“, „Polak“, czy „Katolik“, to w imię zachowania prawdy, powinien pozostać wierny tym określeniom. W ten sposób mieszczańska tęsknota za niezmiennym status quo uzyskuje rangę moralną. Nie tylko, że jestem określony przez kalkę (np. Mężczyzna) to jeszcze m a m być temu określeniu w i e r n y. Co za tym idzie, mam też być wierny wszystkim językowym konsekwencjom owej kalki, czyli postępować zgodnie ze społecznym rozumieniem mojej tożsamości. Oczywiście w ten sposób tożsamość staje się potężnym narzędziem kontroli człowieka przez społeczeństwo, a odmówienie prawa do s f a l s y f i k o w a n i a własnej tożsamości, czyli odzyskania nad nią kontroli, jest człowiekowi przedstawiana jako warunek normalności. Mówiąc na przykładzie mężczyzna będący mężczyzną może czuć pociąg tylko do osób będących kobietami, nie może już jednak odczuwać pociągu do osób określonych jako mężczyźni, tak jakby zjawisko osoby nie było głębsze niż jego określenia, jakby miłość zachodziła pomiędzy protezami, nie zaś istotami. Dla ludzi wierzących w „prawdę“ tożsamości, czyli w status quo (określanych często mianem konserwatywnych) bycie gejem (pedałem) czyli sfalsyfikowanie swojej tożsamości opartej na imperatywie biologicznym jest wstydem, paskudnym przepoczwarzeniem, sprzeniewierzeniem się, a nawet g r z e c h e m. Idąc tym tokiem rozumowania, postępowaniem moralnym będzie wierność kalce tożsamościowej nawet kosztem cierpienia i utraty wiary w sens istnienia w ogóle. Prawda życia – oparta o współczucie i miłość oraz zachwyt nad tajemnicą istnienia jest dla nich mniej warta niż taka czy inna konstrukcja językowa.
Nie trzeba udowadniać, że myślenie to prowadzi do wszelkiego rodzaju wynaturzeń opartych na agresji w stosunku do człowieka takich jak wojny, pozbawienie praw obywatelskich, niewolnictwo, rasizm itd. (Nie chcę tu – broń Boże – powiedzieć, że wojny wywoływane są tylko przez konserwatystów – nie próbuję rysować szkicu politycznego, tym bardziej tak banalnego).
W moich pracach próbuję falsyfikować konstrukcje tożsamościowe, które mnie dotyczą, aby móc odzyskać nad nimi kontrolę i wprowadzić je w swoje życie na własnych warunkach.
Rafał Betleejwski

| 30/01/06 - Projekty artystyczne Plakat z przedstawienia Mleko

| 20/01/06 - Projekty artystyczne O czym to będzie?
Agnieszka Kowalska: Co będziecie grali?
Rafał Betlejewski: Nie mogę powiedzieć.
Dlaczego?
- Tajemnica. Treść przedstawienia chcemy zachować w sekrecie, bo istotny jest w nim element zaskoczenia. Może nie tyle nawet ze względu na zawartość, ile na formę, bo przedstawienie jest na telefon i chcielibyśmy, żeby widz do końca nie wiedział, czego się spodziewać.
To jak chcecie go zachęcić?
- Nie chcemy zachęcać. Widz musi podjąć ryzyko. Dla nas to też jest niewiadoma. W końcu ktoś może nas pobić, zamknąć w piwnicy.
Czy taki jest właśnie teatr w czasach konsumpcji, że można go sobie zamówić na telefon jak zestaw z KFC?
- Trochę tak. Ale w tym przypadku widz nie będzie wiedział, co jest w zestawie. Jakby zamawiał prostytutkę. Nie wie, czy będzie ładna i co potrafi.
A czy aktorom nie uwłacza takie traktowanie?
- Nie, spektakl jest ofertą, którą widz kupuje lub nie. Większą trudnością dla aktorów będzie konieczność improwizacji, w zależności od tego, w jakiej sytuacji się znajdą.
Rezerwacje w biurze obsługi widzów TR Warszawa (Marszałkowska 8), telefonicznie: 629 45 54 lub pocztą elektroniczną: bow@rozmaitosci.pl
| 17/01/06 - Projekty artystyczne O pzedstawieniu w ramach TR.PL
Mleko – teatr na telefon
Zamów sobie TR do domu lub do firmy! Reżyseria Rafał Betlejewski / Betlej Obsada Betlej, Jan Drawnel, Eryk Lubos, Rafal Maćkowiak, Agnieszka Podsiadlik, Tomasz Tyndyk (przemiennie) Kostiumy Olga Mokrzycka Spektakle grane na zamówienie widza w domu lub firmie bilety tylko w przedsprzedaży w biurze obsługi widzów TR Warszawa rezerwacje telefoniczne pod numerem 629 45 54, lub pocztą elektroniczną na adres: bow@rozmaitosci.pl spektakle odbywają się na terenie Warszawy w porze lunchu lub wieczorem, z wyjątkiem niedziel i poniedziałków AKCJA rusza 15 listopada
O AKCJI: “Mleko-teatr na telefon”
Cykl AKCJE – w ramach którego TR prezentuje „Mleko-teatr na telefon” – ma na celu przedstawiać widzowi wydarzenia o charakterze performatywnym, zacierającym granice pomiędzy tym, co teatralne a tym, co rzeczywiste. Nie od dziś wiadomo, że niemal wszystkie czynności i sfery życia takie jak: sport, polityka, biznes, ceremonie, lekcje szkolne czy nawet zachowania intymne są przez nas inscenizowane czy odgrywane. Rzadko jednak teatr przygląda się tym kontekstom, jeszcze rzadziej analizuje stereotypowe, i wciąż bardzo silne, wyobrażenia na temat idei samej teatralności. „Mleko-teatr na telefon” jest próbą żywej analizy obu powyższych zjawisk. Reżyser AKCJI Rafał Betlejewski – dysydent ze świata reklamy i marketingu – posługuje się strategiami manipulacyjnymi, by demaskować mechanizmy uwodzące współczesnego widza-konsumenta. Jednocześnie „Mleko” radykalnie przekracza to, co powszechnie przyjmuje się za teatralne: kreowanie postaci, podział na oglądających i oglądanych, zachowanie bezpiecznego, anonimowego dystansu pomiędzy widzem a aktorem, budowanie iluzji. Co więcej, burzy także przyjęte formy kształtowania wizerunku spektaklu: TR nie podaje żadnych informacji na temat tej AKCJI, wykorzystuje, zawarty w tytule, slogan z obszaru kultury masowej i wykorzystuje go przeciwko tej masowości, proponuje indywidualny i bezpośredni kontakt widza z instytucją przy zamawianiu biletu. Jedyny teatr, o którym możemy mówić w tym wypadku to teatr konsumpcji, w którym wszyscy występujemy.
„Mleko-teatr na telefon” – jak każda ryzykowna akcja performatywna – wnosi w zastana strukturę (teatru, społeczności, mieszkania) element nieposłuszeństwa, niepokoju, anarchii. Stąd często zdumiewające, wręcz nieoczekiwane – nawet dla nich samych – reakcje widzów/uczestników. AKCJA prowokuje postawy i zachowania daleko bardziej emocjonalne i spontaniczne, niż te, które obserwujemy w sytuacji społecznej, po wyjściu ze spektaklu. Czy dzieje się tak dlatego, że łatwiej dochodzi do wyrażenia emocji w przestrzeni prywatnej? Czy też przez tajemniczy charakter tej AKCJI? Czy może przez prowokujące, wieloznaczne działania aktorów? Proces jest bardzo prosty: aktorzy intuicyjnie diagnozują nastroje czy zachowania widzów i - niczym papierek lakmusowy – zabarwiają się pod wpływem temperatury i nastroju otoczenia. Jak pisze założyciel Perfromance Studies, wybitny badacz amerykański Richard Schechner – natura działań performatywnych polega właśnie na ich niepowtarzalności i wyjątkowości, a także na dekonstruowaniu zjawisk społecznych. Każde telefoniczne zamówienie „Mleka” jest odmienne. Nawet jeżeli AKCJA odbywa się zgodnie z ustalonym wcześniej scenariuszem, jest faktem jednorazowym i niepowtarzalnym. Składają się na nią: już sam sposób zamówienia, podanie przez widza swoich danych, snucie domysłów i wreszcie samo spotkanie. Integralną częścią AKCJI „Mleko-teatr na telefon” jest więc fakt, że działa ona nie tylko za zamkniętymi drzwiami mieszkania, ale także w wyobraźni: przestrzeni rosnącej tajemnicy, napięcia, niedopowiedzeń. Prowokuje tak fenomenalnie teatralne sytuacje, jak podszycie się dziennikarzy pod parę prawników, żeby tylko zaprosić przedstawienie. Sprytni recenzenci stali się częścią „Mleka” z chwilą, kiedy zadzwonili do Biura Obsługi Widzów TR i zamówili AKCJĘ, zadowoleni z przebieranki i zapewne oczekujący wieczornej rozrywki. Nic z tych rzeczy. Zadzwoń! Zobaczysz!
| 16/01/06 - Projekty artystyczne Aktorzy zrobili nas na kwaśno
Aktorzy zrobili nas na kwaśno Poza fałszywą i tanią tezą, jaką pobrzmiewał projekt "Mleko", był w nim jeszcze jeden błąd. Aktorzy wyszli z odętymi minami i już nie wrócili. Gdyby pojawili się pięć minut później, rozluźnieni i uśmiechnięci, cały ich występ można by jeszcze uznać za wydarzenie teatralne, fikcyjne - o spektaklu na telefon Teatru Rozmaitości pisze Iza Natasza Czapska w Życiu Warszawy - Kulisach.
«Teatr Rozmaitości proponuje spektakl w domu klienta. Zaprosiliśmy artystów do siebie. Kupiliśmy "Mleko" od Teatru Rozmaitości. Wprawdzie twórcy tego spektaklu na telefon mówili o nim, że jest jak dziwka - nie wiadomo, czy przyjedzie ładna i co potrafi - ale to nas nie zraziło. Wiedzieliśmy, że w drzwiach staną aktorzy i dowiozą nam sztukę. - Podobało mi się, że oni przyjadą grać w zupełnie nieznanej sobie przestrzeni. Że może im przeszkodzić pies, który nagle wpadnie do pokoju, albo sąsiad, który przyjdzie pożyczyć cukier - mówi Dorota, jedna z naszej paczki przyjaciół, którym zamarzył się teatr domowy. Coś z atmosfery, w jakiej oglądano spektakle Mirona Białoszewskiego na Tarczyńskiej czy "podziemne" przedstawienia w stanie wojennym. Oczekiwaliśmy aktorów w przyjemnym podnieceniu. Wybraliśmy na teatr niewielkie mieszkanie Kaśki i Przemka, bo zdążyli posprzątać. Przygotowaliśmy wino, na wypadek gdyby aktorom zaschło w gardłach i żeby się rozluźnić przed tym niezwykłym wieczorem. Trzynaście osób, krążących między pokojem a kuchnią, nasłuchujących kroków na schodach.
Betlej show
Spektakl, który można sobie zamówić do domu, to najnowszy projekt firmowany przez Rozmaitości. Jego pomysłodawcą jest Rafał Betlejewski. Wypłynął w ubiegłym roku dzięki serii plakatów "A ja, czy poszedłbym?" towarzyszących obchodom 60. rocznicy Powstania Warszawskiego. Wcześniej pracował w reklamie, prowadząc firmę Cytryna. Zbrzydzony drogą zawodową, jaką obrał, zorganizował głośną akcję "Spal wstyda", dzięki której każdy, upokorzony chałturą w jakiej wziął udział, czy nadmiernym zawodowym kompromisem, na jaki poszedł, mógł publicznie się z tego otrząsnąć. Płonęła wówczas, wrzucona do ognia, kukła Grażyny Torbickiej. Betlejewski zaś, po traumatycznych przeżyciach w reklamie, co roku powtarza akcję, by spalić własnego wstyda.
Przyjechali lekko spóźnieni, ale za to bardzo eleganccy. Dużo bardziej niż my, bo tym razem nie wystroiliśmy się specjalnie do teatru. Oni zaś wyglądali jak przedstawiciele firmy z dużym, zachodnim kapitałem.
Trafili nam się na ten wieczór (zespół chodzi po domach wymiennymi trójkami) Agnieszka Podsiadlik, Eryk Lubos i Rafał Betlejewski. Agnieszka - w seksownym kostiumie, z dużym notesem przy piersi. Eryk - w ciemnym garniturze i nieco przykrótkiej krawatce. Oraz perefekcyjnie wymuskany Rafał.
Okazali się bardzo miłymi, kontaktowymi ludźmi. Nie bali się oddać nam płaszczów, z ciekawością rozglądali się po mieszkaniu, chwaląc przyjemny wystrój. Minęło z pół godziny przyjemnej rozmowy, a spektakl się nie zaczynał. Agnieszka Podsiadlik zamknęła się ze swym notesem w łazience. Eryk Lubos błaznował, skacząc po kanapie i pozując do zdjęć. A Rafał Betlejewski bez owijania w bawełnę uwodził naszą koleżankę, Olę.
- Betlej od razu zrobił na mnie duże wrażenie - przyznaje Ola. - Był tak czarujący i miły, że pomyślałam, że jest wartościowym facetem. Liczyłam na to, że po spektaklu uda nam się jeszcze chwilę porozmawiać.
Podsiadlik
W zespole aktorów jeżdżących z "Mlekiem" jest tylko jedna kobieta, Agnieszka Podsiadlik. To jedna z najmłodszych i najciekawszych aktorek Rozmaitości. Są w niej pociągająca sceniczna prawda, zalążek charyzmy i odwaga, która sprawia, że gra mocno, wyraziście, tak by ją zapamiętano. Znakomita była w "Zaryzykuj wszystko" Grzegorza Jarzyny, wystawianym na Dworcu Centralnym. Ostatnio świetnie zagrała lesbijkę w "Cokolwiek się zdarzy, kocham cię..." Przemysława Wojcieszka. Ma przed sobą obiecującą przyszłość, jeśli nie pomyli artystycznego ryzyka z głupotą i brawurą.
Pokaz zaczął się od włączenia rzutnika. Skończyliśmy sobie robić pamiątkowe zdjęcia, podczas których Betlej ściskał rękę Oli, ze słowami: "Teraz już na zawsze będzie ślad tego, że jest coś między nami". Agnieszka Podsiadlik odblokowała łazienkę i skończyła notować. Widzowie obsiedli kanapę w pokoju, kto się nie zmieścił, lądował na podłodze. Byli tacy, którzy podejrzewali, że spektakl zaczął się w momencie, gdy aktorzy tylko weszli, inni wzięli ich po prostu za miłych, bezpośrednich ludzi i wciąż czekali na oficjalny start przedstawienia.
- Nie miałam wrażenia, że "Mleko" zaczęło się w chwili, gdy ta trójka przekroczyła próg - stwierdza Anka. - Nawet mnie irytowały to rozmamłanie i przydługi wstęp. Ale to, co nastąpiło później, było już w ogóle maksymalnie nudne.
Sztuka "Mleko" była w rzeczywistości prezentacją, jakich tysiące odbywają się codziennie w firmach, bankach, agencjach reklamowych.
Slajd na ścianie pokazywał graficzne wykresy i procentowe obliczenia, dotyczące zainteresowania społeczeństwa spożyciem mleka. Rafał Betlejewski ze swobodą obytego w swym fachu marketingowca objaśniał nam poszczególne problemy wpływające na to, że mleko, choć niezbędne w życiu człowieka, jest zarazem ciężkim do wypromowania produktem. Nawet największe kampanie reklamowe ostatnich lat nie podniosły wyraźnie sprzedaży mleka. Betlejewski zasypywał nas pytaniami dotyczącymi naszego stosunku do mleka. Pijemy czy nie pijemy? Jak często? Czy przynosimy rano ze sklepu, czy zapominamy o nim przy codziennych zakupach?
- Jesteśmy jakąś grupą fokusową czy co? - zapytała w końcu znudzona pokazem Marta. Pytanie zostało zignorowane. Staraliśmy się jednak być mili i pomóc w badaniach nad mlekiem. Odpowiadaliśmy na wszystkie pytania, a Podsiadlik i Lubos odgrywali krótkie scenki, w których występowali jako ankietowani na rzecz mleka konsumenci.
Lubos
Aktorzy zaangażowani w nowy projekt Rozmaitości to Jan Drawnel, Tomasz Tyndyk, Rafał Maćkowiak i Eryk Lubos. Ten ostatni jest typem przeznaczonym do zadań specjalnych. Gra zwykle blokersów i dresiarzy. Zagrał też Silnego (bohatera "Wojny polsko-ruskiej..." Doroty Masłowskiej) w Teatrze Wybrzeże.
Burza mózgów wokół mleka doprowadziła do wymyślenia hasła reklamowego. Betlejewski zatknął za wiszący na ścianie obrazek dziesięć złotych - nagrodę za najlepsze hasło. Robiliśmy, co w naszej mocy, żeby ożywić nudnawy pokaz, a zarazem nie psuć zabawy zaproszonym aktorom.
- Mleko nie jest kwaśne - rzuciła Kaśka i była to zdecydowanie najlepsza z podanych propozycji. Pieniądze jednak Betlej schował do kieszeni, z kamienną twarzą. Zapanowała cisza. Aktorzy przyglądali nam się w milczeniu. Bez uśmiechu i ożywienia, z jakim przed chwilą tłukli nam do głowy korzyści płynące z kupowania mleka. Ktoś zabił brawo, myśląc, że właśnie tego spodziewają się w tej chwili artyści. Ci jednak nie ruszyli do ukłonów. Stali nadal pod ścianą i mierzyli nas zimnym wzrokiem.
- Jesteście bandą snobów - oznajmił z obrzydzeniem Rafał Betlejewski. - Zwykłymi frajerami. Co? Myśleliście, że jak dobrze zarabiacie, to wszystko możecie kupić?
- Ale ja nie zarabiam, właśnie szukam pracy... - jęknęła Kaśka.
- Poza tym to redakcja kupiła bilety, nie my - próbowałam prostować.
- Widzisz, nawet was na to nie stać - odparł cokolwiek bez sensu, skoro miał nas za ohydnych, nadzianych snobów, Betlejewski. - Chcieliście kupić spektakl, a kupiliście puste opakowanie ze znaną metką. Wystarczyło, że zamachałem wam forsą przed nosem, a wymyślaliście dla mnie hasła.
Mówiąc o forsie, miał na myśli 10 zł, które schował do kieszeni. Eryk Lubos próbował w tym czasie pyskówki z jednym z widzów, ale bezskutecznie, bo trafił nieszczęśliwie na kulturalne, nieco zaskoczone niemiłym obrotem sprawy, towarzystwo.
- Spójrzcie na swoje mieszkanie! - ryczała oskarżycielskim tonem Agnieszka Podsiadlik. - Macie pralkę Whirlpool, używacie płynu do płukania Lenor i proszku Dosia! - czytała swoje sekretne zapiski z łazienki.
Próbowaliśmy ratować coraz gorszą atmosferę, tłumacząc, że naprawdę lubimy Teatr Rozmaitości i byliśmy ciekawi nowego projektu, dlatego zaprosiliśmy aktorów do domu. Czy sympatia dla Rozmaitości oznacza, że jesteśmy bandą snobów?
- Tak - potwierdził mistrz tej przykrej ceremonii, Rafał Betlejewski, próbując zarazem uspokoić coraz bardziej agresywnego Eryka Lubosa, który wciąż ubliżał kulącej się na podłodze Marcie i wyraźnie czekał na okazję do wymiany pierwszych ciosów.
- Tylko bez chamstwa, Eryk, tylko bez chamstwa - tonował aktora, niezbyt skutecznie, Betlejewski.
- Całe to "Mleko" okazało się zwykłą hochsztaplerką, choć mogło być dobrym pretekstem do fajnej rozmowy o czasach masowej konsumpcji - ocenia Kaśka. - Ale aktorzy, biorąc kasę za rzeczywiście nijaki spektakl (i porównując się otwarcie do prostytutki), z góry założyli, że jesteśmy bandą snobów. To śmieszne, bo naprawdę nie żyjemy ponad stan. Cała koncepcja Betlejewskiego opierała się na tym, żeby pod koniec nas zwyzywać.
Ania, u której się nie spotkaliśmy, uznając, że jej mieszkanko jest zbyt małe dla kilkunastu osób, żałowała po spektaklu, że teatru nie urządziliśmy u niej.
- Nawet nie mam pralki. Ciekawe, za co bym od nich oberwała.
Poza fałszywą i tanią tezą, jaką pobrzmiewał projekt "Mleko", był w nim jeszcze jeden błąd. Aktorzy wyszli z odętymi minami i już nie wrócili. Gdyby pojawili się pięć minut później, rozluźnieni i uśmiechnięci, cały ich występ można by jeszcze uznać za wydarzenie teatralne, fikcyjne. Wystarczyło, by powiedzieli: "No i co macie takie nadąsane miny? Przecież to był tylko spektakl, daliście się sprowokować". A może poczulibyśmy się lekko zawstydzeni, że tak się daliśmy podejść, że zagrali nam na emocjach. Tymczasem brak klamry spowodował, że ich występ był w istocie aroganckim wyskokiem, pozostawiającym niemiłe wspomnienie i wrażenie przemyślnego oszustwa. Chcieliśmy zobaczyć dobre przedstawienie, w nowatorskiej formie, opłacone z góry, w kasie teatru, tak jak zwykle płaci się, gdy ma się ochotę obejrzeć spektakl na tradycyjnej scenie. Nikt z artystów nie wychodzi potem zza kulis, by szydzić z publiczności, że zapłaciła za puste opakowanie, choć liczyła na dobrą sztukę. - Wzbudzili w nas złe emocje, a o wiele trudniej byłoby im spowodować, żebyśmy w tych warunkach przeżyli coś podnoszącego na duchu, energetycznego - dodaje Przemek. - Łatwiej jest kogoś zbluzgać, niż go wzruszyć.
Długo jeszcze rozmawialiśmy o tym spotkaniu. Nie o jego artystycznej wartości, a o zmarnowanej szansie. Rafał Betlejewski będzie mógł wrzucić do ognia całkiem nowego wstyda.
Na zdjęciu: scena z próby "Mleka".»
"Aktorzy zrobili nas na kwaśno" Iza Natasza Czapska Życie Warszawy nr 268/18.11 16-11-2005
| 16/01/06 - Projekty artystyczne Inscenizacja winy
Inscenizacja winy. Uwagi o akcji "Mleko. Teatr na telefon", realizowanej przez TR Warszawa Bartosz Frąckowiak 14.02.2006 Jak zainscenizować cudzą winę? Twórcy markowego teatru (znak firmowy "TR"), świadczący usługę "teatru na telefon", wykorzystują zasady i mechanizmy działania systemu kapitalistycznego w sektorze usług, by następnie odkryć te same zasady i mechanizmy uwewnętrznione przez widzów-klientów. Jednak to raczej sami twórcy-producenci, przekształcając się w twórców-aktywistów, wytwarzają i projektują myśli i intencje widzów, poddając je jednoznacznie negatywnej ocenie.
Teatr na telefon mógł zamówić każdy. Nie mając żadnych bliższych danych na temat tego, co zobaczy, ryzykował pięćset złotych. Mógł jednak liczyć na markę TR Warszawa. Wiedział też, że akcja nazywa się "Mleko".
Aktorzy przyjeżdżają pod wskazany adres. Rozstawiają laptop i projektor multimedialny, akcesoria niezbędne w spektaklu. Pierwsze minuty upływają na rozmowie z gospodarzami, ich charakter uzależniony jest od zastanego kontekstu. Raz jest to spotkanie w firmie, kiedy indziej urodziny pani domu, której mąż zrobił prezent, zapraszając na przyjęcie teatr. Moment rozpoczęcia spektaklu jest silnie zaznaczony przez pytanie skierowane do widzów - czy wiedzą z jakiego teatru przyjechali aktorzy. Oczywiście, wiedzą, z Teatru Rozmaitości. Ten fakt - jak zapowiedziano - nie pozostanie bez konsekwencji dla charakteru występu. Punkt wyjścia stanowi fikcyjna rozmowa dwóch stażystów agencji reklamowej. Banalne opowieści o wcześniejszej pracy, popis żonglerką branżowymi terminami. Szybko do akcji wkracza ich szef. Planowana jest duża kampania mleka. Trzeba przeanalizować rezultaty badań marketingowych i na ich podstawie przygotować strategię, a w końcu wymyślić najlepszy slogan i stworzyć scenariusz spotu. Od tego momentu granica fikcji jest sukcesywnie zacierana. Widzowie uczestniczą w czymś, co stanowi mieszankę badań fokusowych i szkolenia w agencji. Zadawane im pytania dotyczą zarówno skuteczności poszczególnych strategii promocyjnych, jak i konsumpcji samego mleka. Stopniowo wciągani są w brainstorming mający na celu stworzenie kreacji reklamowej najbardziej adekwatnej do cech charakterystycznych grupy docelowej. Szef wyciąga pięćdziesiąt złotych - trafi ono do twórcy najlepszego sloganu. Widzowie wchodzą w tę grę, przyjmują przewidziane dla nich role. Wtedy następuje gwałtowne zerwanie dotychczasowej konwencji. A co, jeśli nasze przedstawienie odgrywane wobec was jest nic niewartym produktem, dobrze opakowanym, firmowanym marką znanego teatru? Co jeśli daliście się nabrać na pomysłową kreację, na samo opakowanie, w którym nie ma NIC, albo jest "totalne gówno"? Tutaj zaczyna się charakterystyka targetu, do którego można trafić z ofertą "teatru na telefon". To ci, którzy myślą, że wszystko mogą mieć za pieniądze, nie chodzą do teatru, ale chętnie kupiliby teatr do domu. To "gadżeciarze".
Skoro tak, to "każdy prawdziwy snob będzie chciał to mieć". Tym samym role zostały rozdane. Na bazie tych przesłanek budowana jest sztywna i powtarzalna struktura przedstawienia. Oczywiście, różnorodność kontekstów, zachowania widzów, za każdym razem inna przestrzeń, to wszystko wprowadza modyfikacje i różnice. Zawsze do charakterystyki snoba można dodać zaobserwowany akurat szczegół, a że zazwyczaj każe na siebie czekać, a że eksponuje drogi zegarek. Można odwołać się do konkretnego zachowania któregoś z widzów. Jednak kluczowe reakcje odbiorców zostały przewidziane, jak w dobrze skrojonej strategii marketingowej, a spektakl nabiera cech gry, której zasady zostały już opracowane. Widz - przynajmniej ten, który ma potrzebę interakcji - przyjmuje je, wchodzi w przewidzianą dla niego rolę. A że sytuacja jest asymetryczna, to aktorzy narzucają kolejne stadia, precyzyjnie prowadząc przez nie jeszcze niczego nie podejrzewającego widza, który dał się złapać w pułapkę. Teraz stanie się jasne, jak łatwo "wkręca się" w tworzenie sloganu, jak łatwo chce manipulować innymi. Problem jednak w tym, że każdego można złapać w taką pułapkę. Nie tylko psychologowie społeczni wiedzą, że w zdefiniowanej sytuacji, gdzie tożsamości zostały przyznane i przewidziane z góry (są wytwarzane przez określone relacje), niemal każdy zidentyfikuje się z funkcją, jaką na mocy owej definicji ma spełniać. Nikt nie chce psuć zabawy.
Niecodzienna przestrzeń teatralna, bliskość aktorów wobec widzów, a widzów wobec aktorów - to wszystko dawało szansę stworzenia zmiennej i procesualnej relacji między obiema stronami. Szansę uwzględnienia prawdziwie nieprzewidzianych reakcji. Miejsce widza mogłoby się wówczas wypełnić na wiele różnych sposobów. Ale to byłoby już zupełnie inne przedstawienie. A tak, sprawa jest jasna, miejsce to zajmuje "snob". Różnice mogą być tylko ilościowe, nigdy jakościowe. ("Takich snobów jeszcze nie widziałem.")
Te wszystkie uwagi nie zmieniają faktu, że target "teatru na telefon" zazwyczaj zgadzał się z przewidywaniami. Że widząc napięcie siedzącego obok mnie człowieka z branży medialnej, to, jak nerwowo ściągał i zakładał okulary, jak ostentacyjnie ziewał, jak później musiał odreagować to, co zobaczył i usłyszał, sam zacierałem z zadowolenia ręce. Oczekiwałem tego, co się wydarzy, byłem ciekawy, jaki poziom agresji tym razem uda się pobudzić w widzach? Kto się odezwie? Czy zastosowanie ma tu powiedzenie: "Uderz w stół, a nożyce się odezwą"? Czy "Mleko" podobne jest do pułapki zastawionej przez Hamleta?
Czy jednak w przypadku teatru krytycznego emocje powinny brać górę? Postawmy tej akcji jeszcze kilka pytań.
Niejasne jest choćby to, czy krytyce poddawany jest fakt zajmowania przez widzów określonej pozycji społecznej wraz z jej wszystkimi atrybutami, czy tylko to, że zamówili sobie przez telefon teatr do domu, traktując aktorów jak dystrybutorów rozrywki, a samą "sztukę teatru" jak luksusowy produkt, dodatek do drogiego wina, perfum i dobrego towarzystwa na pokaz. Oczywiście, obie perspektywy się nie wykluczają. Być może zajmowana pozycja determinuje określony stosunek do sztuki? Być może taka teza stanowi jedno z ukrytych założeń akcji? Posiada ona jednak jedynie status domysłu. I w tym problem. Jeśli nawet wiele obserwacji ją potwierdza, sankcjonuje (do pewnego stopnia) na gruncie nauk społecznych, to kiedy na jej podstawie buduje się teorię komunikacji z widzem, a później tę teorię przekłada na praktyczne działanie, staje się ona niebezpieczną generalizacją.
Teatr na telefon to w założeniu pułapka, na którą ma się złapać tylko określony widz. Ten, który traktuje teatr jak rzecz nie różniącą się statusem od zamawianej przez telefon pizzy czy prostytutki i którego stać na tę atrakcję. Pułapka zastawiona na widzów może się jednak okazać pułapką na aktorów. Czy agresywne reakcje widzów nie są raczej symptomami samej "sztuki teatru", niż pobudzonymi przez aktorów i gwałtownie wypieranymi wyrzutami sumienia "snobów", którzy dorobili się na wyzysku i manipulacji wyobraźnią i pragnieniami innych (reklama)? Warto rozważyć ten problem w perspektywie lacanowskiej koncepcji udanej komunikacji: od innego otrzymuję swój własny komunikat w odwróconej, czyli prawdziwej, formie. Parafrazując słowa Žižka z tekstu "Hipokryzja lewicy", straszny i śmieszny widz, "snob", który wybucha gniewem przeciw aktorom, krytykującym go w jego własnym domu, jest postacią, w której aktor spotyka prawdę o swojej własnej hipokryzji.
Nikt nie powiedział, że teatr ma być przyjemny dla odbiorcy, że powinien spełniać i respektować jego oczekiwania. To droga mitotwórczego teatru mieszczańskiego. Ważne jednak, by teatr krytyczny sam nie mistyfikował pozycji, z której mówi. Przecież TR nie korzysta ze strategii marketingowych jedynie w celach subwersywno-wirusowych, lecz także by budować swoją pozycję na rynku sztuki. Nie tylko gra ze swoim wizerunkiem wykreowanym niezależnie od niego przez media, lecz i jest tego wizerunku współtwórcą. (Choćby prowadząc określoną politykę cenową.) Podobnie, sami aktorzy. Oczywiście, nie oznacza to, że nieuchronny kontekst instytucjonalny musi blokować krytyczne działania. Ważne jednak, by miały one również charakter autokrytyczny i samoświadomy. Tego zabrakło w opisywanym projekcie. Podważanie systemu, którego z konieczności jest się częścią, nie może sprowadzać się do zadawania ciosów na ślepo. Jeśli ów system faktycznie jest dzisiaj zdecentralizowaną siecią, trudno wskazać jednoznacznie winnych i niewinnych, wyzyskujących i wyzyskiwanych. Można powiedzieć, że i wina jest zdecentralizowana - w tym tkwi przemyślność wbudowana w tę elastyczną formację. Chcąc ją komuś przypisać, musimy go sobie najpierw skonstruować jako winnego. Jedną z takich możliwości jest inscenizacja jego winy.
Teatr, urzeczowiając widza, redukując jego indywidualność do jednoznacznie zdefiniowanej pozycji, wspiera urzeczowienie relacji międzyludzkich w ogóle. Dlatego być może pierwszym postulatem nowego teatru krytycznego/politycznego powinno być stworzenie nowych linii podziału między sceną i widownią, oparcie ich na wielości i jednostkowości, nie ogólności, nastawienie na każdorazowo indywidualny proces, nie narzucanie gotowej matrycy ujednoliconego doświadczenia, stworzenie warunków "stawania się" we wzajemnym związku między sceną a widownią, nie nadawanie i odgrywanie rzekomo naturalnych tożsamości.
http://www.obieg.pl/teksty/5884
| 14/01/06 - Projekty artystyczne Mleko - opis do Notesu na 6tygodni
Żeby zobaczyć Mleko - przedstawienie zrealizowane w ramach TR.PL w grudniu 2005 roku – trzeba było zamówić je do domu oraz wykupić za 500 złotych bilet w kasie Teatru Rozmaitości. Trzeba było kupić je „w worku“, gdyż treść przedstawienia, ani nawetjego tematyka nie zostały w żaden sposób zapowiedziane.
O wyznaczonej godzinie wyznaczonego dnia trzech aktorów ubranych w eleganckie garnitury pukało do drzwi. W większości z około 30 przedstawień czekała na nich odświętnie nastrojona grupa przyjaciół zgromadzonych bądź to specjalnie na tę okazję bądź też z przyczyny czyjichś urodzin, na których aktorzy byli niespodzianką i prezentem. Przedstawienie zaczynało się od niewinnej pogawędki aktorów z widzami, która niepostrzeżenie dla widzów przechodziła w napisany wcześniej dialog. Pierwsza część przedstawienia okazywała się pewnym rozczarowaniem: zamiast tekstu uważanego stereotypowo za „teatralny“ aktorzy szczegółowo prezentowali mechanizm manipulacji społecznej (zwanej potocznie reklamą) na przykładzie amerykańskiej strategii komunikacyjnej opracowanej dla zwiększenia sprzedaży mleka. Zachowywali się przy tym z profesjonalnym chłodem, używając animowanej projekcji multimedialnej wyświetlanej na ścianie. Dla wielu widzów było to niezbyt przyjemne de ja vu z normalnego dnia w pracy (gdyż czy tego chcemy czy nie, większość z nas pracuje obecnie w sprzedaży). Niewątpliwie jednak czterdziestominutowa prezentacja marketingowa podczas miłego wieczoru u znajomych jest niemiłym dysonansem, nawet jeśli robiona jest przez wkładających w to dużo zaangażowania zawodowych aktorów. Pojawiało się więc jakże unikane przez teatr i każdego rodzaju działalność rozrywkową zjawisko N U D Y, a co za tym idzie, jeszcze staranniej unikane zjawisko Z A Ż E N O W A N I A wzmagane dodatkowo bezpośrednią bliskością aktorów (dystans pomiędzy aktorami, a publicznością był przecież zerowy).
Nuda i zażenowanie – dwie emocje bardzo słabo rozpoznane przez teatr, bardzo trudne do kontrolowania przez aktorów, budzą duży stres w uczestnikach przedstawienia: u aktorów i u widzów. Są to z pewnością uczucia niewygodne, a ich pojawienie się jest zawsze oderwane od treści przedstawienia. Można powiedzieć więc, że są to emocje niewpisywalne w kontekst przedstawienia teatralnego, a co za tym idzie, nie budzące jakichkolwiek podejrzeń, co do zamierzonej manipulacji. Odczuwający Z N U D Z E N I E i Z A Ż E N O W A N I E widz nie potrafi uświadomić sobie, że uczucia te mogą być w nim świadomie wzbudzane, nie podejrzewa zasadzki. Co więcej, w mniemaniu widza aktor traci kontrolę, która przechodzi w ręce widza. To widz czuje się odpowiedzialny za aktorów i zaczyna chcieć kontrolę tę wykorzystać. Żeby przerwać niewygodną sytuację widz może zacząć się wtrącać, podśmiewywać, komentować, wychodzić do toalety, z ostentacją przenosić uwagę na inne sprawy lub odwrotnie – czując odpowiedzialność i współczucie dla aktorów, których położenie wydaje się mu bardzo trudne – może zacząć klaskać, uciszać innych widzów i namawiać ich do zwiększonej uwagi. Tak czy inaczej, to widz czuje się panem sytuacji, nabiera pewności, że wszystko wie i rozumie. Albo mówiąc wprost: to W I D Z staje się A K T O R E M.
Oczywiście widzowie Mleka nie mogli sobie zdawać sprawy z procesu będąc w jego środku. Tym większe było ich zdumienie i rozgoryczenie, kiedy nagle prezentacja marketingowa kończyła się, a jej miejsce zajmowała jeszcze bardziej niewygodna cisza. Poprzez ciszę aktorzy anektowali miejsce zajmowane do tej pory przez widzów. Ich uważne spojrzenie skierowane bezpośrednio w oczy publiczności – w tej chwili aktorów wywoływało natychmiastową reakcję: narastającą agresję.
Jakby tego było mało, aktorzy (pozostańmy przy terminologii faktycznej) rozpoczynali dalsza część „prezentacji“ tym razem bezlitośnie odsłaniając mechanizm manipulacji marketingowej, której użyto do sprzedania widzom za 500 złotych przedstawienia pt. Mleko. Ta część prezentacji nie była już jednak zdystansowana lecz bezczelnie kpiarska, prześmiewcza i w sposób zamierzony arogancka. Bezlitośnie obnażane było także prezentowane przez widzów stereotypowe oczekiwanie wobec „Teatru“: o proszę, jesteś aktorem, to graj mi tu, a ja sobie posiedzę i pokonsumuję. Dla podniesienia poziomu adrenaliny aktorzy wykorzystywali też proste i niezwykle skuteczne metody prowokacji jak „wskazywanie palcem“, „przedżeźnianie min“, „adresowanie wprost“, „mówienie na ty“, a także doskonały chwyt, polegający na fotografowaniu się z najbardziej nabzdyczonymi członkami widownii.
Nie ma silnych. Nie ma odpornych. Nie ma ludzi impregnowanych na tego rodzaju emocje. Jest natomiast dynamika tłumu i są reakcje obronne. Nie wszystkie przedstawienia doszły do tak radykalnego poziomu, ale dość powiedzieć, że wśród bardzo skąd inąd kulturalnych widzów znalazł się taki, który próbował mnie pobić, inny, który łkał, jeszcze inny, który chciał obnażyć swoje narządy płciowe i zaproponował wsadzenie ich jednemu z aktorów do ust, ktoś wszedł pod stolik, ktoś inny trząsł się jak galareta, pewien pan pochwalił się swoim pistoletem na ostrą amunicję, większość siedziała oniemiała modląc się o koniec, wielu obrażało aktorów werbalnie i gestami, używano najrozmaitszych metod skompromitowania ich, wyśmiania ich, wygwizdania i wykrzyczenia. Kilkanaście inteligentnych osób, które czują się ze sobą bezpiecznie, są na swoim terenie, potrafi wznieść się na wyżyny bezpardonowej agresji. Oczywiście zdarzały się też przedstawienia mniej rozgrzane, ale te nie przetworzyły się chyba w ostateczną wartość: katharsis.
Zakończenie przedstawienia – przynajmniej w jego części performatywnej - polegało na nagłym opuszczeniu pomieszczenia przez aktorów w momencie, który uznali oni za kulminacyjny moment spirali emocji, czyli wtedy, kiedy groziło jej przejście w konstans lub opadanie. Aktorzy wychodzili bez słowa, metodycznie pakując sprzęt, bez ukłonów, bez podziękowania, bez formuły odczarowującej iluzję: dziękujemy, to było przedstawienie, a teraz porozmawiajmy. Aktorzy nie wracali, żeby przeprosić, wytłumaczyć, porozmawiać, ukłonić się. Znikali. Ich praca została wykonana. Reszta pracy należała do widzów – praca mentalnego okiełznania zaistniałej sytuacji, omówienia zdarzenia, powrotu do normalności, odnalezienia twarzy, pozy – tej sprzed przedstawienia, co często okazywało się niemożliwe nawet do wczesnych godzin porannych dnia następnego.
Rafał Betlejewski
| 18/01/05 - Projekty artystyczne Zielona Góra tu i teraz
Zielona Góra Tu I Teraz (2002-2003) Projekt przeprowadzony we współpracy z zielonogórskim BWA. 40 olbrzymich printów (210x160) z komiksowymi historiami, w których bohaterami byli mieszkańcy miasta zawisło wzdłuż głównego deptaka miejskiego.
Tożsamość ma charakter oscylacyjny: nie w każdym momencie każda kalka tożsamościowa jest dla nas równie ważna. Tożsamości zanikają i powracają niczym fala oscylatora. Fakt, że jestem Polakiem nie jest dla mnie istotny podczas snu, czy na zebraniu biznesowym, ale nabiera znaczenia na manifestacji politycznej lub w kontakcie z innymi narodowościami. Miasto, jako specyficzny obszar występowania czasu, wzmacnia i przyspiesza oscylację niektórych kalek przetważając je w końcu w to, co określamy mianem f a s a d y. Tożsamość przechodzi w zasadę, staje się warunkiem mieszczańskiej normalności i wiarygodności. Fasady miejskie przynależą budynkom (manifestacjom zasady, o której mowa) i twarzom ludzi – formom w jakim ludzie ci prezentują się i są postrzegani.
Projekt zielonogórski przez swoją skalę, bezpośredniość i poczucie humoru był próbą masywnej ingerencji w fasadę. Obalenie fasady łączy się ze wspaniałym doznaniem wolności, co pociąga za sobą dezintegrację, anarchię i jak każde działanie wolnościowe jest aktem wywrotowym.


| 10/01/05 - Projekty artystyczne Zniszczone billboardy Betlejewskiego
rota2003-10-02, ostatnia aktualizacja 2003-10-02 16:38
Kolejny billboard ze zdjęciem zielonogórzan został pocięty. Tym razem padło na Zygmunta Listowskiego. To trzeci zniszczony plakat z 40 ustawionych na deptaku
W nocy ze środy na czwartek ktoś ostrym narzędziem przeciął jeden z plakatów Betlejewskiego wystawianych na deptaku. Wandalowi nie spodobało się zdjęcie Zygmunta Listowskiego. Trzeba mu jednak przyznać, że prostokąt wycięty był bardzo równo... Być może ktoś chciał wyciąć zdjęcie z ram, żeby mieć pamiątkę w domu. A może była to prowokacja polityczna? Dlaczego wandal nie zdecydował się na zabranie odciętego w większej części kawałka, nie wiadomo. Jeszcze przed południem plakat został ściągnięty i oddany do szybkiej renowacji. Po sklejeniu materiału Włodzimierz Ośka z BWA (na zdjęciu) umył jeszcze zdjęcie Listowskiego denaturatem i billboard powieszono na nowo.
Trochę pokiereszowany nabrał jednak zupełnie nowego charakteru, a blizny dodają mu tylko uroku. Prawdziwa sztuka ulicy się nie boi!
Spodziewaliśmy się wcześniejszej hekatomby
Dorota Żuberek: Plakat z prezydentem Listowskim jest pocięty. Wcześniej zniszczono jeszcze dwa, w tym jeden z panią Czesią z "Nieboskiej Komedii". Nie chcemy sztuki na ulicy?
Wojciech Kozłowski, dyrektor BWA, kurator wystawy: Chcemy, tylko jeszcze nie nauczyliśmy się z nią obcować. Ja i tak się cieszę, że do zniszczeń doszło dopiero teraz. Proszę spojrzeć na to inaczej. Wystawa jest na ulicy od dwóch tygodni. I tylko trzy plakaty zniszczone. Zwykłe afisze zazwyczaj tyle nie wytrzymują. Spodziewaliśmy się wcześniejszej hekatomby. Ja naprawdę jestem mile zaskoczony.
Jak to? Spodziewał się Pan ataku na plakaty?
- Oczywiście. Bądźmy realistami. W ponad 100-tysięcznym mieście musi się znaleźć kilku wandali. Nie ma na to siły. Zastosowaliśmy specjalne zabezpieczenia. Drewniane stelaże, na których zawieszone są plakaty, są przykręcone śrubami do podłoża. Natomiast zdjęcia wydrukowaliśmy na specjalnym laminowanym papierze, żeby w razie czego dodatkowe komentarze pisane flamastrami mogłyby być zmazane.
Czyli sztukę trzeba chronić przed widzami?
- Nie nazwałbym tego ochroną. W ludziach jest dużo agresji, którą chcą w jakiś sposób uwolnić. My po prostu przewidzieliśmy, że nowym plakatom może grozić niebezpieczeństwo.
A gdyby je zawiesić na 20-metrowych słupach?
- Wtedy cała idea wystawy byłaby bez sensu. Zrobiliśmy wystawę o zielonogórzanach dla zielonogórzan. Na ulicy. Nie dramatyzowałbym, że to jest upadek obyczajów czy eskalacja wandalizmu. Sztuka miała być blisko ludzi wszystkich. I jest.
Czy wystawa zostanie wcześniej zakończona, żeby uniknąć kolejnych zniszczeń?
- Na razie tego nie planujemy. Wystawa najprawdopodobniej będzie trwała, tak jak zakładaliśmy, do 15 października.
|
|